A może praca w korporacji, tylko na Filipinach? Zobacz, czym żyje "mordor" w Manili. "Zaczynaliśmy tu zupełnie od zera"

A może praca w korporacji, tylko na Filipinach? Zobacz czym żyje "mordor" w Manili
A może praca w korporacji, tylko na Filipinach? Zobacz czym żyje "mordor" w Manili Fot. naTemat.pl
Wiele osób pracujących przy Domaniewskiej w Warszawie, lub w podobnych korporacyjnych zagłębiach, marzy o tym, aby rzucić to wszystko i wyjechać, choćby na Filipiny. Pytanie zatem, co mają zrobić korpoludki, które swoje nadgodziny wysiadują w biurowcach Manili? Czy chcieliby ASAP zamienić swoje kubki z chronionego przez uzbrojonych strażników Starbucksa na drinki z palemką?

– To, co zawsze, tylko 3 razy proszę – mówi do baristki Paweł Usarek, z którym spotykam się w biznesowej dzielnicy Manili. Dla Pawła "zawsze" oznacza już sześć lat, bo od tego czasu pracuje w stolicy Filipin. Rozpoczęcie dnia pracy w Makati, części kraju, w której trawę maluje się na kolor zielony, nierzadko za banknoty o tym samym kolorze, bardzo często odbywa się właśnie w jednym ze Starbucksów. Zresztą, znana klientela to nie jedyny stały porządek w tym miejscu. Tego, aby wszystko odbyło się bez zakłóceń, modne tu MacBooki mogły bez obaw właścicieli leżeć na stolikach i nie kłuć w oczy głodującej nieopodal biedoty, pilnuje uzbrojony strażnik. Niby ta sama kawa co nad Wisłą lub w Nowym Jorku, a jednak smak jakby bardziej wyrazisty.
Szybko okazuje się jednak, że duża część tego, co widzę, to jedynie pozory. Choćby standardowy sernik nie smakuje tak, ja ten dostępny w Europie. Niemal całe Makati jest właściwie makietą na potrzeby zachodnich oczu, a właściwie kont ich właścicieli. To nie są "prawdziwe Filipiny", tylko złota klatka zbudowana na potrzeby zagranicznych inwestorów i osób takich jak Paweł, który czuje się tu bardzo dobrze.

– Zaczynaliśmy tu zupełnie od zera. Nie znaliśmy nikogo – mówi Paweł o swoich początkach na Filipinach. Biurokracja, płatne pozwolenia, które trzeba regularnie odnawiać to tylko niektóre z uroków biznesu na Filipinach, do którego trzeba było się przyzwyczaić. – Największym problem było przyzwyczajenie się do funkcjonowania ludzi w tym kraju – stwierdza enigmatycznie. Co to oznacza? Choćby to, że w tutejszych realiach słowo "tak" może oznaczać również "nie". Zresztą, "yes" może mieć tu nawet do pięciu znaczeń...
Pytam Pawła, jak jest z wypłacalnością kontrahentów na Filipinach. Jest to w końcu rozwijająca się w błyskawicznym tempie Azja, która może być ciekawym miejscem na otwarcie własnego biznesu. Ale na moje pytanie Paweł reaguje śmiechem. I wyjaśnia:
Paweł Usarek
FM GROUP Fragrance Inc.

Na Filipinach nie ma obowiązku meldunkowego. Nie ma obowiązku posiadania dokumentu. Można tu przeżyć całe życie bez żadnego ID. To sprawia, że czasem ciężko jest ludzi zidentyfikować. Dokumenty zaczynają się na poziomie rozpoczęcia edukacji. Może się jednak okazać, że pracownicy najniższego szczebla takowej nie posiadają. Jeśli dostajesz od takiej osoby CV, nie jesteś w stanie jej zweryfikować. Zdarza się, że ludzie po prostu znikają.

Problemem jest również to, że każdy "białas" ma tu status bardzo bogatego człowieka. – Ludzie patrzą na nas jak na osoby, które mają drzewko obok swojego łóżka z którego co rano zrywają 1000 dolarów. W czasie spotkania biznesowego czuję , że w odczuciu rozmówcy mi jest łatwiej, bo jestem obcokrajowcem. Nie biorą pod uwagę, że pracujemy tak jak każda inna osoba. Im się wydaje, że jak jesteś obcokrajowcem, to po prostu masz. To sprawia, że ekspaci są mile widziani w firmach, a szczególnie w czasie spotkań biznesowych. Z pewnością podniesie to rangę firmy, ale finalna rozmowa i tak będzie załatwiania przez Filipińczyków.

A jakie znaczenie w biznesie na Filipinach ma to, że jest się Polakiem? Żadne. – Jeśli masz biały kolor skóry, to znaczy, że jesteś ze Stanów. Masz na imię John i płacisz dolarami. Oczywiście generalizuję, ale z takimi opiniami spotykam się bardzo często – mówi Paweł.
Powyższe zdjęcie przedstawia jedną z ważniejszych pod względem biznesowym ulic. Jednak dawniej, dzisiejsza Ayala Avenue była ważna z innego powodu. Jeszcze w latach 40-tych w tym miejscu było lotnisko, a ulica po której jeżdżą nowiutkie toyoty, subaru, rzadziej mercedesy, była pasem startowym. Urokliwa kawiarnia, stojąca w lubianym przez biznesmenów parku, była... terminalem pasażerskim.

ASAP, czyli "w swoim czasie"
Filipiny Filipinami, ale korporacja to jednak korporacja. Niezależnie od miejsca na świecie rządzi się własnymi zasadami, wzmacnianymi korporacyjną nowomową. Także tutejsze korpoludki wiedzą, co oznacza akronim ASAP. Tyle, że rozumieją go na swój sposób. – W służbowej korespondencji od dawna pojawia się tu słowo ASAP, ale dana czynność i tak odbędzie się w swoim czasie – słyszę od Pawła, przechadzając się między wieżowcami, jakich Warszawa jeszcze nie widziała.
Jednak i tu obowiązują zasady i z obserwacji wynika, że Filipińczycy są stworzeni do pracy w dużych firmach. - Korporacje wszędzie działają bardzo podobnie i kierują się zasadami których trzeba przestrzegać. Dla Filipińczyków ład korporacyjny jest łatwiejszy w funkcjonowaniu, bo mają podany sposób działania. A Filipińczycy czują się lepiej jeśli nie muszą podejmować decyzji, ale za to są świetni odtwórczo - stwierdza Paweł. Ale i ten medal ma dwie strony.
Paweł Usarek
FM GROUP Fragrance Inc.

Filipiński pracownik świetnie sprawdza się w odtwarzaniu szczegółowo przygotowanego procesu. Natomiast, jeżeli w tym procesie nastąpi nawet najmniejsze zaburzenie, nie szuka rozwiązania. W większości przypadków przestaje pracować i czeka, aż ktoś inny rozwiąże ten problem.

Rzucił korpo...
I przecież nie wyjechał na Filipiny. Pracownicy polskich korporacji często marzą o tym, aby zrobić sobie dłuższe wakacje, albo całkowicie zmienić swoje życie i wyjechać na wyspę na drugi koniec świata. Ale o czym w taki razie może marzyć korpoludek z Makati?

Paweł wskazując na stojących na ulicy pracowników wskazuje na ich ogromną potrzebę przynależności. Gdy Polscy pracownicy biur kończą pracę, "odklikują" swoją obecność, a ich identyfikator ląduje na nie torby. W Manili zaś każdy z dumą paraduje z firmowymi smyczami i korporacyjnym ID. Jest to znak posiadania stałej pracy oraz przynależności do większej organizacji, co automatycznie podnosi status społeczny w oczach innych.

Ale oczywiście pracownicy filipińskich firm również myślą o pracy za granicą, choćby w Dubaju. Mają o tyle ułatwione zadanie, w przeciwieństwie do innych nacji azjatyckich, że w ich kraju obowiązuje urzędowy język angielski. - Jeśli jednak pracują w korporacji, gdzie mają zagwarantowane ubezpieczenie zdrowotne oraz inne benefity, cenią sobie miejsce do którego trafili - stwierdza Paweł.
Jest jeszcze coś, co trzyma ich w korpo. Podobnie jak w Polsce, panuje tu moda na sportowy tryb życia, pływanie na licznych tu basenach czy bieganie. To zaś, podobnie jak na całym świecie, zapewniają właśnie korporacje, dające swoim pracownikom karnety.

Zdarza się, że awans społeczny, jakim jest praca w korporacji uderza do głowy, a ilość bąbelków w wodzie sodowej uzależniona jest od stanowiska. – Osoby z wyższej klasy pochodzą z dobrze sytuowanych rodzin. Lubią pokazywać się w markowych ubraniach, dobrych samochodach i z produktami Apple.

Pamiętajmy jednak, że jesteśmy w Azji. – Tu wiele osób nosi "marki". Bogatych stać na oryginały, ale na ulicach widać mnóstwo torebek "Louis Vuitton". Noszą je osoby, które jeżdżą jeepneyem za 20 pesos. Gdy w rzeczywistości ta torebka powinna być warta tyle, co sam jeepney – zauważa Paweł.
Wielu pracowników korporacji pracuje w nocy, bo na Filipinach znajdują się siedziby call center obsługujące Stany Zjednoczone. Znają angielski, a pracują taniej.

Standardem jest też godzina wolnego w czasie pracy. Nie jest ona jednak wliczona do dniówki. Lunche zaczynają się najczęściej o godzinie 12.00 i wtedy można spotkać najwięcej ludzi na ulicach. W tym czasie bogatsi mogą pójść do Starbucksa, biedniejsi zaś do jednej z licznych budek, takich jak ta.
Jeśli komuś wydaje się, że na Filipinach, czy gdziekolwiek indziej na świecie, presja w korporacjach jest mniejsza –myli się. – Korporacja wszędzie ma swoje standardy i trzeba się dostosować. Mimo wszystko, nie da się z ludzi wycisnąć miejscowych przyzwyczajeń i obyczajów – słyszę od swojego rozmówcy.

– 1600 zł może i wystarczy na życie na Filipinach, ale na pewno nie w Makati – mówi Paweł Usarek.
Trwa ładowanie komentarzy...