"Ciała były na każdym drzewie". Rok po super tajfunie "Yolanda" Tacloban wciąż podnosi się z gruzów

"Ciała były na każdym drzewie". Rok po super tajfunie "Yolanda" Tacloban wciąż podnosi się z gruzów
"Ciała były na każdym drzewie". Rok po super tajfunie "Yolanda" Tacloban wciąż podnosi się z gruzów Fot. Krzysztof Majak / naTemat.pl
Piątek, 8 listopada 2013 roku. W portowym mieście Tacloban na Filipinach to najważniejsza data w historii, bo właśnie wtedy super tajfun Yolanda (Haiyan) unicestwił 80 proc. jego powierzchni. Kilkunastometrowe fale odebrały życie ponad 6 tysięcy osób. Był to najsilniejszy cyklon, jaki kiedykolwiek uderzył w ląd. Rok po tragedii mieszkańcom nadal nie udało się wrócić do normalnego życia.

Miasto to dzisiaj jeden wielki plac budowy. Jak powiedział taksówkarz, wiozący mnie z lotniska, ludzie wciąż żyją tylko i wyłącznie tajfunem. On sam stracił dom, ale najważniejsze co posiada, czyli samochód, udało się uratować. Dzięki temu ma dzisiaj za co żyć. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia.
Wystarczyło kilka minut po przyjeździe, żeby trafić na człowieka, która rozpalił ognisko na miejscu czegoś, co dawniej pełniło funkcję przystanku autobusowego. Wszystko wskazywało, że to jego nowy dom. Gdy tylko wyciągnąłem aparat, Filipińczyk zaczął rozpaczliwie krzyczeć. Wskazał dłonią w stronę wody: To przez to! To wszystko przez to!

Żywioł narodził się 3 listopada 2013 roku na Oceanie Spokojnym na południowy zachód od mikronezyjskiej wyspy Pophnei. 6 listopada przemienił się w huragan piątej, najwyższej kategorii w skali Saffira-Simpsona. Był to jeden z najsilniejszych cyklonów w historii, wiatr wiał z prędkością dochodzącą do 320 km/h, a w porywach dochodzącą do 376 km/h. Czytaj więcej

Większość domów w strefie zero jest całkowicie zniszczona, nadaje się do rozbiórki, albo już została odbudowana. Tylko nieliczne, murowane budowle przetrwały żywioł. Wiele budynków, które stoją przy głównej ulicy Taclobanu nie nadaje się do ponownego zamieszkania. Ich mieszkańcy zostali przeniesieni do namiotów i prowizorycznych domów lub wyjechali. Właściwie nie ma miejsc, które nie nosiłyby znamion przeszłości.
Tymczasowa codzienność
Miasto z jednej strony wydaje się odradzać, z drugiej wszystko jest nadal bardzo prowizoryczne. Nawet tablica upamiętniająca ofiary ubiegłorocznego tajfunu nie jest kamienna, a jedynie udaje trwały pomnik. Tak naprawdę jest to jedynie wydruk na folii, którą obłożono betonową wylewkę. Ale dla mieszkańców nie ma to znaczenia, bo to przede wszystkim symbol i miejsce, które upamiętnia ich zmarłych bliskich. Jednak nie słychać tu już płaczu, nawet u osób poszukujących nazwisk swoich bliskich. Życie toczy się dalej.
Mimo to, przez rok zrobiono tu bardzo wiele. Uprzątnięto ulice, naprawiono sieć elektryczną (jest wyłączana kilka razy dziennie), przywrócono komunikację miejską. O tym, że czas myśleć o przyszłości, przypomina nawet reklama powstającego tu McDonaldsa, którego plakaty witają się z mieszkańcami hasłem: "To new beginning...".



Na ulicach nie ma białych, bo ci wolą odwiedzać turystyczne wyspy. A to oznacza, że nie zostawią tu potrzebnych bardziej niż kiedykolwiek wcześniej pieniędzy. Nieliczni ukrywają się za szybami terenowych toyot oznaczonych logiem organizacji humanitarnych. Wśród miejscowych panuje przekonanie, że pieniądze, które "świat" przeznaczył na podniesienie się Filipin z gruzów, zostały w większości zagarnięte przez miejscowe sitwy rządowe. Filipińczycy muszą zatem radzić sobie przede wszystkim sami.

"Myślałam, że to koniec świata"
Przechadzając się po "downtown", jednej z najbardziej zniszczonych części miasta, spotkałem Wally'ego. Zaproponował, że pokaże mi okolice swojego domu. Dziś ma dziesięć lat, a przed rokiem został ewakuowany jako jeden z pierwszych. W domu została zaś jego mama Jenny i ojciec Allan, którzy nie chcieli porzucać miasta. Wiele osób wyprowadziło się przed rokiem do Cebu i nigdy nie wróciło do Taclobanu.
– Jesteś tu sam? Nie boisz się? – zapytała mnie Jenny, gdy jej syn przyprowadził mnie do rodzinnego domu. Tacloban wciąż nie jest spokojnym miejscem, ale jest zdecydowanie lepiej niż po Tajfunie. Wtedy ludzie kradli, co się dało, bo po przejściu Yolandy zostali jedynie z tym, co mieli na sobie. Jenny niechętnie pozowała do zdjęć, bo całą noc wraz z mężem budowali nową ścianę domu. Mają szczęście, bo Allan jest stolarzem, co przy braku pieniędzy zdecydowanie ułatwia odbudowę domu.
Ich życie dzieli się dziś na "przed" i "po". Jeszcze rok temu Jenny prowadziła mały bar, w którym sprzedawała panierowane kurczaki. Na razie nie stać jej na to, aby kupić sprzęt niezbędny do prowadzenia kuchni. Potwierdza, że większość pieniędzy z międzynarodowej pomocy nie trafiło do ludzi, tylko do władz. – Myślałam wtedy, że nadszedł koniec świata – mówi pokazując mi zdjęcia, które zrobiła pół godziny po przejściu Tajfunu. Z ich domu została tylko podłoga.
"Nie pozwól, by miasto zgasło"
Dziadek Wally'ego – Allberto – jest kierowcą trajki. Zawiózł mnie do miejsca, gdzie Tajfun wyrzucił statki na ląd. Okazuje się, że pomimo upływu roku od tych wydarzeń, dalej nie udało się ich usunąć.
Dziś statki stały się dla wielu osób nowym domem. Zbudowano na nich prowizoryczne szałasy, a niektóre zastępują zniszczone place zabaw. Filipińczycy, którzy wiedzą że jedyną "atrakcją turystyczną" w Taclobanie są dziś właśnie te statki, napisali na nich: "Potrzebujemy jedzenia – ryżu i wody" oraz "Nie pozwól, by to miasto zgasło". O ile jedzenie się znalazło, tak drugi apel wydaje się być rzucony w próżnię. Gdyby podobny dramat wydarzył się w Europie, miasto wyglądałoby dziś zupełnie inaczej.
Drugi ze statków, znajdujący się kilka przecznic dalej, jest już niemal całkowicie rozebrany. Jak mówią mieszkańcy, służył do transportu ryżu do Taclobanu. Był zbyt zniszczony, aby opłacało się go odbudowywać. Za kilka miesięcy powinien ustąpić miejsca nowym domom.

"Wszystko w rękach Boga"
Trudno się dziwić, że ludzie są rozgoryczeni i czują się pozostawienie sami sobie. Ale, jak mówi mi Alexander pilnujący jednego z wyrzuconych na brzeg statków, stan miasta, który widzimy dzisiaj był możliwy do osiągnięcia wyłącznie dzięki zagranicznym funduszom. – Gdyby nie pieniądze z międzynarodowej pomocy, nie zrobiono by tu niczego – stwierdził mój rozmówca.
Alexander Irasga pracuje tu od stycznia i jest zatrudniony przez rząd. Obiecano mu, że jak się dobrze sprawdzi, to zarekomendują go do pracy w Manili – stolicy Filipin. Musi tylko pilnować, aby nic nie wyniesiono ze statku. Jednostka jest warta 50 mln peso, dlatego władze zdecydowały, że nie stać ich na jej utratę. W przyszłości, czyli najwcześniej za rok, rozpoczną się prace nad jego powrotem na morze. Do tej pory będzie jedynie "turystyczną atrakcją".

Filipińczycy pamiętają, ale nie myślą o tym, co będzie, gdy dramat sprzed roku się powtórzy.
– Musimy starać się żyć normalnie – mówi Jenny, która wraz z mężem chce jak najszybciej zbudować dzieciom normalny dom. – Wszystko jest w rękach Boga i nikt nie jest w stanie przewidzieć jego wyroków – mówi mieszkanka Taclobanu.
Trwa ładowanie komentarzy...